Ostatnie wpisy
Zakładki:
!
Czytam
Czytam branżowe
Czytam tematycznie
Szablon
Tagi
|
Wpisy z tagiem: przygodowy
sobota, 13 lutego 2010
Wyprawa na Księżyc 3D.
oryg. Fly Me to the Moon link strona filmu link polska strona link Do tego seansu przygotowaliśmy się od dłuższego czasu. Dobry projektor, ekran, lokum i oczywiście odpowiedni czas dla wszystkich. By nie marnować okazji zgarnięto wszystkie maluchy własne czy też cudze. Problem wystąpił z dostępem do okularów do anaglifu, ale poratował nas czyjś znajomy z kina. Jako człowiek z poprzedniego systemu jest dla mnie oczywiste, że wszyscy uczyli się rosyjskiego. Podczas oglądania minimalna znajomość tego języka jest wskazana.
niedziela, 07 lutego 2010
Planeta 51.
oryg. Planet 51 link strona filmu link polska strona link Na przedmieściu rodem z "Powrotu do przyszłości" toczy się życie... zielonych stworków, które nie noszą spodni, mają cztery palce u dłoni (z przeciwstawnym kciukiem). Lem (Maciej Stuhr) - nasz nastoletni bohater właśnie dostał pracę w obserwatorium. Jego kumpel Skiff (Jarosław Boberek) jest nieco odmienny (nawet jak na kosmitę :) wierzy w spisek i istnienie UFO, aktualnie pracuje w sklepie z komiksami czasem rozpakowując sztuczne rzygi. Neera (Magdalena Różczka) to miłość Lema... tyle, że jej młodszy brat Eckle (Maciej Dybowski) jest bardziej kumaty w tych sprawach - choć po prawdzie nic a nic go nie interesują, ale za to obcy zamieniający ludzi w zombie to już inna historia.
Pewnego dnia na podwórku ląduje coś wyglądający na statek kosmiczny. Wychodzi z niego coś dziwnego. Takie w białym kombinezonie bez twarzy COŚ. To kosmita. Ów kosmita twierdzi coś zgoła innego, że to wszyscy na planecie to kosmici. Przybysz ma jednak twarz i imię, nazywa się Charles Baker (Piotr Adamczyk). Jest astronautą i mówi na siebie Chuck.
Miłośnicy science fiction znajdą mnóstwo nawiązań. Niektóre śmieszne, niektóre śmieszniejsze. Sporym zaskoczeniem dla mnie był kraj produkcji. Hiszpania! Miasteczko jawi się jak z filmów lat 50tych z USA. Co do zabawnych tekstów, jest ich mało. Raczej żart jest sytuacyjny albo parodie scen z kultowych filmów (nawet zdarzają się parodie parodii :) jak np. scena z "Deszczowej piosenki". Film przygodowy dla dzieciaków.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Księżniczka i żaba.
oryg. The Princess and the Frog link strona filmu link polska strona link "Księżniczka i żaba" jest kilkukrotnym powrotem. Po pierwsze, po raz siódmy Ron Clements i John Musker razem. Ich porzednie produkcje to: "Wielki mysi detektyw", "Mała syrenka", "Alladyn", "Herkules" i (mój ulubiony) "Planeta skarbów". Wszystkie te obrazy są wykonane ręcznie (no z "małymi" ustępstwami w ostatnim filmie :)
Tiana mieszka wraz z matka i ojcem - James'em. James chce założyć restaurację. Ale marzenia, marzeniami a rzeczywistość na wojnie odebrała Tianie ojca. Po latach, dziewczyna pracuje na dwie zmiany, by z zaoszczędzonych pieniędzy spełnić swoje i ojca marzenie. Pewnego dnia okazuje się, że ma już wystarczającą ilość gotówki na pierwszą wpłatę za lokal. Tego samego dnia (ach te dziwne zbiegi okoliczności w tych filmach :) do miasta przyjeżdża książę Naveen z Maldonii (nie ma co klikać w sieci, to miejsce jest równie realna jak Nibylandia czy LV426 :). Charlotte'a jest podekscytowana (mało powiedziane :), że prawdziwy książę zawita do Nowego Orleanu. Jej ojciec spełniając kolejny kaprys - z okazji Mardi Gras (ostatni dzień karnawału) zaprasza arystokratę na imprezę. Naveen od razu po zejściu ze statku na ląd rzuca się w muzyczny wir... gdzie nieoczekiwanie spotyka doktora Faciliera, maga voodoo. Tradycyjnie, ugrupowania walczące o równość zarzucają tej disneyowskiej produkcji rasizm. Że Tiana jest za bardzo jasna, że jest za ciemna względem Naveen. Że tylko czarni cierpią, bo przez większość filmu są żabami. Że to nieładnie wybierać miejsce, w którym huragan zrobił ogromne spustoszenia. No rasiści jak nie wiem. W oryginalnej wersji udział wzięła Oprah Winfrey, z którą konsultowano problem rasizmu. Uaktualnienie. Jeśli ktoś miał problemy z dostaniem się do goodies (dobroci) z płyty ścieżki dźwiękowej z "Księżniczki i żaby" w Internecie (brak możliwości zweryfikowania płyty, polskiego wydania) informuję, że już można klikac sobie w dwa strumienie wideo (teledysk Ne-Yo i zwiastun film). Swoją drogą zastanawiam się kiedy w Polsce będą tak szybko reagować na zgłoszenie o awarii. Btw. nie wiem co to za rarytasy, skoro mamy YouTube :D
czwartek, 21 stycznia 2010
Sherlock Holmes.
oryg. Sherlock Holmes link strona filmu link Nowa odsłona Sherlocka Holmes'a ścięła mnie z nóg. No może nie dosłownie. Po pierwsze, nie znam się na szczegółach dotyczących danej epoki czy okresu historycznego, akcja filmu dzieje się w latach 90tych XIX wieku - zrobiono to przekonująco i z pompą . Nie ma ścinających ujęcia fadeout'ów, by zamaskować kończący się plan. Ujęcia są doskonale widoczne za dnia. Londyn kipi życiem. Sceny na Tamizie wyglądają jak z filmów podróżniczych z dalekiej Azji. Pycha! Po drugie, wiadomo, że język cały czas ewoluuje zmienia się i wystarczy jedno pokolenie, by nawet brzmiał inaczej. Tutaj mamy różnicę ponad stu lat. Zadbano o specyficzny język, który oddaje klimat poszczególnych warstw społecznych (co w przypadku roli w którą wcielił się Robert Downey Jr wymagało jeszcze więcej pracy, jako że literacki bohater lubił przebieranki)... jednakże tłumacz zwalił tę robotę i po najmniejszej linii oporu przetłumaczył na współczesny potoczny język polski. Jest to kolejny film, w którym dowcip czy aluzja (i to nawet nie subtelna) ginie w chałupniczej robocie "tłumoka".
Po trzecie John Watson nie jest tylko pomagierem Holmes'a! Nie jest też upośledzonym towarzyszem!!! A Jude Law jako Watson jest rewelacyjny. I to mi się podoba. Holmes nie istniałby bez Watsona. I odwrotnie również (kto widział wie o co chodzi). O reszcie aktorów nie będę się rozpisywał, chociaż powinienem :D
I po piąte... (ok już kończę wyliczankę). Walka! Nie wiem kto wpadł na pomysł stworzenia indywidualnego stylu walki naszych bohaterów, ale dodaje smaczku. Sherlock ma czasem zbyt wyrafinowany (widowiskowy) styl, co w pewnych okolicznościach jest jego słabością. W przeciwieństwie do Johna, który (zapewne po doświadczeniach wojennych) ma dość prostą filozofię walki, z mojego punktu widzenia bardziej efektywną.
Holmes i Watson są w trakcie śledztwa, którego rozwiązanie ratuje życie niewiaście i odbiera wolność lordowi Blackwoodowi (Mark Strong). Jego lordowska mość, ma już wystarczająco dużo dowodów winy (kilka niewieścich ciał) przeciwko sobie, by zadyndać na szubienicy. I tak też się staje. Watson stwierdza zgon. Mordercę chowają, by następnego dnia odkryć, że w ogóle nie złożył swoich kości do grobu. Tzn. ktoś złożył. Narasta panika. Blackwood parał się czarną magią i coś tam mamrotał o nowym porządku. Sprawą lorda ponownie zajął się Sherlock, podczas której wącha, liże, maca, etc. (tzw. organoleptyka - kiedyś CSI wyglądało nieco inaczej :D W tym samym czasie John Watson postanawia wyprowadzić się z domu i ożenić.
środa, 13 stycznia 2010
Parnassus.
oryg. The Imaginarium of Doctor Parnassus link strona filmu link "[...]an accidental overdose of prescription drugs that included painkillers, sleeping pills and anti-anxiety medication."
Do rzeczy. Terry Gilliam wraz z Charlesem McKeown ponownie stanęli ramię w ramię jako scenarzyści. Nie chcę oceniać ich obecnej współpracy na tle "Brazil" i "Przygód barona Munchausena". Film wyszedł poprawnie, widać ich rękę... jak i upływ czasu miał wpływ na obydwu panów.
Aktorzy zagrali swoje i wyszło im to pysznie. Rewelacyjny jest Tom Waits jako Pan Nick, naprawdę świetny. Zaskoczył mnie aktor wcielający się w Antona - Andrew Garfield, mam nadzieję dość szybko obejrzeć filmy z jego udziałem. Spodobał mi się również Christopher Plummer - Parnassuss, co prawda jego gra była nieco schizofreniczna, ale licentia poetica (podobnie jak w przypadku Toma Waitsa). Chodziło mi po głowie kilka tytułów, ale mózgownica podczas seansu przyczepiła się do "Gabinetu doktora Caligari". Ciekawe czemu :D
środa, 06 stycznia 2010
Avatar.
oryg. Avatar link strona filmu link avatar wiki link James Cameron kazał długo na siebie czekać. Pomijam gniota "Titanica" i... "Prawdziwe kłamstwa". Chociaż nie, to drugie nawet zabawne było. Po drodze zrealizował parę filmów, ale raczej nie dla rozrywki. Poza tym jest to człowiek, który angażuje się w techniczną stronę filmu. Jest współtwórcą, współpomysłodawcą kilku innowacji kinowych. I niestety ma słabość do niebieskiego :) Stąd też tak długo trzeba było czekać na ten film, którego koncepcja sięga podobno 1995 roku. Szczerze powiedziawszy "Avatar" to konglomerat różnych pomysłów z powieści science fiction (głównie amerykańskich), francuskich i japońskich komiksów i filmów animowanych (też francuskich i japońskich; i nie, nasiona nie mają nic wspólnego z kodamas z "Księżniczki Mononoke" - odpowiedź jest w "Final Fantasy", w którym? hehe). Jak wyszło? Dobrze. Mam na myśli warstwę fabularną. Co prawda miałem wrażenie, że widzę skrzyżowanie "Pocahontas" z "Ostatnim Mohikaninem". I przestańmy na litość kogokolwiek udawać, że sami wymyśliliśmy tę "Pocahontas" - porównanie powstało po pierwszej prezentacji i to jeszcze nie pełnej wersji filmu. (To poniżej to dla jaj). Było to irytujące. O ile pomysły, koncepty wzięte z innych półek były do przełknięcia to Indianie jakoś mi zgrzytało tak samo jak nazwa niebieskich ludzi "Na'vi" ewidentnie kojarzyło mi się z native (domyślnie "American Native"). Drugim minusem filmu jest jego... łagodność. Rozumiem budżet, wymagania wytwórni... szeroka publiczność, czyli amerykańskie nastolatki. Ale chciałbym coś bardziej dojrzałego, nawet kosztem jakości efektów.
Do plusów należy to, że nie ma czego ekstrapolować. To czego nie powiedziano w filmach widać na obrazie. Tutaj wyjaśnie, że stworzono na potrzeby filmu ekosystem księżyca Pandora. W zasadzie można stworzyć cykl programów popularnonaukowych, by np. Sir David Attenborough (wybaczcie, ale Cejrowskiego boso bym tam nie wysłał:) opowiadał o florze i faunie. Moim zdaniem więcej pracy włożono w stworzenie świata (nie mam na myśli efektów specjalnych) niż w fabułę. Co prawda złożoność ekosystemu, ale przy odrobinie pracy (choćby zaproponowanym przeze mnie programem) śmiało mógłby konkurować z "Diuną" Franka Herberta.
Akcja dzieje się w 2154 roku (co prawda rozpoczyna się kilka lat wcześniej) na odległym od układu słonecznego księżycu jakiejś planety, o wdzięcznej nazwie Pandora. Księżyc wygląda jak raj dla botanika albo koszmar dla astmatyka :D Dla ludzi jest piekłem. Wszystko co żyje i się przemieszcza jest skupione na tym, by zabijać. Ludzie przybyli na ten księżyc w celu wydobycia unobtainium - nadprzewodnika wartego 20 milionów zielonych za kilogram (40 baniek za kilogram rafinowanego). By wydobywać minerał nie przeszkadza także toksyczna atmosfera. Byli wojskowi, obecnie najemnicy chronią kopalnie, jak i rafinerię. SPOJLER
środa, 28 października 2009
Odlot.
oryg. Up link strona filmu link polska strona link Korzystając ze sposobności czyli wyrwania się w pracy (urlop na żądanie) zaliczyłem spotkanie w sprawie piractwa internetowego. W planach mialem też wyjście do kina. Powód nader oczywisty. Jako okularnik nie lubię filmów 3D (chyba, że będą okulary +2D :), a dwa, że w dzieciństwie obejrzałem kupę (radzieckich, francuskich i nawet parę polskich) filmów w 3D (nie mylić z obrazem anaglificznym, tą techniką ekscytowali się Amerykanie - pierwsza styczność z tą techniką pośrednio przez "Miasteczko Twin Peaks" :) A jedyne znane mi kino, które wyświetla takie filmy w 2d, kiedy inne szaleją z tymi okularkami to Femina. Istotny był też fakt, że seanse we wtorki i czwartki kosztują 13 zeta za seans.
"Odlot" jest przewrotnym obrazem. Niby mamy fajowski film dla dzieciaków i ich rodziców... a na seansie? Nie wiem dlaczego utarło się, że filmy Disney'a są sztuczne, gdzie nie ma dramatów, rzeczywistego odzwierciedlenia problemów. Dość często bohaterzy disneyowskich filmów dla dzieci stykają się ze śmiercią swoich bliskich, wyalienowaniem, walką o przeżycie. Bo przecież "Dumbo" to rozkoszna bajka o uroczym słoniątku, które akceptację znajduje pośród swoich, nie? Nie będę wymieniał wszystkich znanych produkcji i wyliczał dramaty bohaterów z którymi muszą się zmierzyć. W "Odlocie" nie jest inaczej. Poznajemy młodego Carla Fredricksena, który jest dzieckiem i z zapartym tchem ogląda "kronikę filmową". Znany podróżnik Charles Muntz, zostaje oskarżony o dokonanie fałszerstwa. Muntz z ekranu żegna się ze swoimi fanami, że powróci kiedy uda mu się udowodnić swoją niewinność - zdobędzie żywy egzemplarz zwierzęcia o które został posądzony, że je spreparował. Szcześliwy Carl wracając do domu wchodzi o opuszczonego domu, gdzie poznaje żywiołową równolatkę Elę - rówież fankę podróżnika. Przyjmuje go do klubu... i chwile później Carl ma złamaną rękę.
Film, mimo że nie jest powalający pod kątem komedii, ani porywający jako film przygodowy czy wystarczająco smutny na dramat - jest po prostu świetny jako całość. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||