o filmach jakie obejrzałem, czasem o mnie.

Wpisy z tagiem: przygodowy

sobota, 13 lutego 2010
Wyprawa na Księżyc 3D.

oryg. Fly Me to the Moon link strona filmu link polska strona link

Do tego seansu przygotowaliśmy się od dłuższego czasu. Dobry projektor, ekran, lokum i oczywiście odpowiedni czas dla wszystkich. By nie marnować okazji zgarnięto wszystkie maluchy własne czy też cudze. Problem wystąpił z dostępem do okularów do anaglifu, ale poratował nas czyjś znajomy z kina.
Sam miałem więcej radochy z przygotowań niż z samej projekcji filmu. Dzieciaki, nawet te, które nie mówią już o sobie "jestem duży/a" tylko "nie jestem dzieckiem" były zadowolone. A jak z nami zgredami?
Pomijam, że jestem upośledzony na anglif. Widzę jednocześnie czerwony i niebieski obraz. Z czasem widzę zielony, ale żadnego poczucia głębi. Po 20 minutach dałem sobie spokój i zdjąłem okulary. I to nie była zła decyzja, przede wszystkim widziałem kolory! Od czasu do czasu były rozstrojenia obrazu. Ale dało się to przeżyć bardziej niż w okularach. Miałem też ubaw po zakończonym seansie jak większość ludzi zaczęła dziwnie chodzić :)
W przypadku tego filmu 3D to jedyny bajer. Płaski scenariusz, beznadziejne dialogi - i nie musi być śmiesznie, żeby było dobrze.
Fabuła jest prosta. Mamy rok 1969. Trzy muszki postanawiają spełnić swoją fantazję i polecieć w kosmos. W tym celu robią sobie kombinezonki i udają się na stację kosmiczną, by wziąć udział w misji Apollo 11. Wszystkiemu jest winien dziadek, który wraz z Amelią Earhat przeleciał Atlantyk (no to się nazywa żywotna mucha 41 lat!). I to by było na tyle.
Jako miłośnik i entuzjasta podróży w kosmos już wolałbym obejrzeć wersję "lite'ową" sfabularyzowanego dokumentu misji Apollo 11, niż patrzeć na jakieś muchy. No, ale przynajmniej dzieciaki były zadowolone :)

Jako człowiek z poprzedniego systemu jest dla mnie oczywiste, że wszyscy uczyli się rosyjskiego. Podczas oglądania minimalna znajomość tego języka jest wskazana.

niedziela, 07 lutego 2010
Planeta 51.

oryg. Planet 51 link strona filmu link polska strona link

Na przedmieściu rodem z "Powrotu do przyszłości" toczy się życie... zielonych stworków, które nie noszą spodni, mają cztery palce u dłoni (z przeciwstawnym kciukiem). Lem (Maciej Stuhr) - nasz nastoletni bohater właśnie dostał pracę w obserwatorium. Jego kumpel Skiff (Jarosław Boberek) jest nieco odmienny (nawet jak na kosmitę :) wierzy w spisek i istnienie UFO, aktualnie pracuje w sklepie z komiksami czasem rozpakowując sztuczne rzygi. Neera (Magdalena Różczka) to miłość Lema... tyle, że jej młodszy brat Eckle (Maciej Dybowski) jest bardziej kumaty w tych sprawach - choć po prawdzie nic a nic go nie interesują, ale za to obcy zamieniający ludzi w zombie to już inna historia.

Pewnego dnia na podwórku ląduje coś wyglądający na statek kosmiczny. Wychodzi z niego coś dziwnego. Takie w białym kombinezonie bez twarzy COŚ. To kosmita. Ów kosmita twierdzi coś zgoła innego, że to wszyscy na planecie to kosmici. Przybysz ma jednak twarz i imię, nazywa się Charles Baker (Piotr Adamczyk). Jest astronautą i mówi na siebie Chuck.
Generał Grawl (Adam Ferency) dowodzący tajnym ośrodkiem, którego nie ma chce dorwać obcego. Lem chcąc nie chcąc pomaga Chuckowi, który jak na asa kosmosu to specjalnie bystry nie jest.

Miłośnicy science fiction znajdą mnóstwo nawiązań. Niektóre śmieszne, niektóre śmieszniejsze. Sporym zaskoczeniem dla mnie był kraj produkcji. Hiszpania! Miasteczko jawi się jak z filmów lat 50tych z USA. Co do zabawnych tekstów, jest ich mało. Raczej żart jest sytuacyjny albo parodie scen z kultowych filmów (nawet zdarzają się parodie parodii :) jak np. scena z "Deszczowej piosenki". Film przygodowy dla dzieciaków.
Spędziłem mile czas oglądając zmagania bohaterów wlaczących z ksenofobią i ograniczeniem :D

poniedziałek, 01 lutego 2010
Księżniczka i żaba.

oryg. The Princess and the Frog link strona filmu link polska strona link

"Księżniczka i żaba" jest kilkukrotnym powrotem. Po pierwsze, po raz siódmy  Ron Clements i John Musker razem. Ich porzednie produkcje to: "Wielki mysi detektyw", "Mała syrenka", "Alladyn", "Herkules" i (mój ulubiony) "Planeta skarbów". Wszystkie te obrazy są wykonane ręcznie (no z "małymi" ustępstwami w ostatnim filmie :)
Po drugie, właśnie 2D - ręczna animacja. Kiedyś w Polsce mówiło się o takim filmie - film rysunkowy, co niestety stało się synonimem "bajka". A z biegiem czasu przyjęło się mówić - animacja.
Po trzecie - animowany musical.
Historia jest wariacją bajki o "Księciu zaklętym w żabę" E.D. Bakera, u nas znanym z pierwowzoru w wersji braci Grimm :)
Akcja zaczyna się w 1912 roku, w Luizjanie, w Nowym Orleanie. Dwie dziewczynki słuchają bajki o "Księciu zaklętym w żabę" czytaną przez mamę jednej z nich. Pierwsza z nich, to postrzelona Charlotte'a córka bogatego południowca - Tatko La Bouff. Druga, córka Eudory (to ona czyta bajkę) - Tiana. Pierwsza proklamuje, że wycałowałaby wszystkie żaby, byleby tylko znaleźć księcia, druga - ma zdecydowanie negatywny stosunek do całowania czegoś obślizgłego :)

Tiana mieszka wraz z matka i ojcem - James'em. James chce założyć restaurację. Ale marzenia, marzeniami a rzeczywistość na wojnie odebrała Tianie ojca. Po latach, dziewczyna pracuje na dwie zmiany, by z zaoszczędzonych pieniędzy spełnić swoje i ojca marzenie. Pewnego dnia okazuje się, że ma już wystarczającą ilość gotówki na pierwszą wpłatę za lokal. Tego samego dnia (ach te dziwne zbiegi okoliczności w tych filmach :) do miasta przyjeżdża książę Naveen z Maldonii (nie ma co klikać w sieci, to miejsce jest równie realna jak Nibylandia czy LV426 :). Charlotte'a jest podekscytowana (mało powiedziane :), że prawdziwy książę zawita do Nowego Orleanu. Jej ojciec spełniając kolejny kaprys - z okazji Mardi Gras (ostatni dzień karnawału) zaprasza arystokratę na imprezę. Naveen od razu po zejściu ze statku na ląd rzuca się w muzyczny wir... gdzie nieoczekiwanie spotyka doktora Faciliera, maga voodoo.
No cóż, później pewien pocałunek zwiększy liczbę zielonych bohaterów, a więc żaby. Do tego świetliki, aligatory, bagna, Bayo, gdzie mieszka Mama Odie i mnóstwo muzyki. No i niestety przez tę muzykę, ścieżka dźwiękowa została zdyskwalifikowana w starcie po złotą statuetkę, Oscara. Powodem było nawiązanie do istniejących motywów muzycznych. No cóż. Ale widzowie mogą nacieszyć ucho gospel, bluesem, zydeco i jazz'em. Za muzę jest odpowiedzialny Randy Newman (miłośnikom ścieżek filmowych nie muszę mówić kim jest ów pan :) Polski dubbing disneyowskich produkcji jak zawsze na wysokim poziomie.
Choć to może oczywiste, ale nie dla wszystkich. Nie powinno się brać do serca strony wizualnej, jak i dźwiękowej za rekonstrukcję historyczną.
Na filmie bawiłem się przednio. I pomimo zapewnień twórcy o tradycyjnej ręcznej robocie animatorów, pojawiło się kilka elementów grafiki komputerowej :) Dodatkowym (z mojego punktu widzenia) plusem jest to zastosowanie "niecodziennej" techniki kolorystki i oświetlenia w filmie rysunkowym.
Film polecam dużym i małym. Chociaż część małych bała się zębisk aligatora :)

Tradycyjnie, ugrupowania walczące o równość zarzucają tej disneyowskiej produkcji rasizm. Że Tiana jest za bardzo jasna, że jest za ciemna względem Naveen. Że tylko czarni cierpią, bo przez większość filmu są żabami. Że to nieładnie wybierać miejsce, w którym huragan zrobił ogromne spustoszenia. No rasiści jak nie wiem. W oryginalnej wersji udział wzięła Oprah Winfrey, z którą konsultowano problem rasizmu.

Uaktualnienie. Jeśli ktoś miał problemy z dostaniem się do goodies (dobroci) z płyty ścieżki dźwiękowej z "Księżniczki i żaby" w Internecie (brak możliwości zweryfikowania płyty, polskiego wydania) informuję, że już można klikac sobie w dwa strumienie wideo (teledysk Ne-Yo i zwiastun film). Swoją drogą zastanawiam się kiedy w Polsce będą tak szybko reagować na zgłoszenie o awarii. Btw. nie wiem co to za rarytasy, skoro mamy YouTube :D

czwartek, 21 stycznia 2010
Sherlock Holmes.

oryg. Sherlock Holmes link strona filmu link

Nowa odsłona Sherlocka Holmes'a ścięła mnie z nóg. No może nie dosłownie. Po pierwsze, nie znam się na szczegółach dotyczących danej epoki czy okresu historycznego, akcja filmu dzieje się w latach 90tych XIX wieku - zrobiono to przekonująco i z pompą . Nie ma ścinających ujęcia fadeout'ów, by zamaskować kończący się plan. Ujęcia są doskonale widoczne za dnia. Londyn kipi życiem. Sceny na Tamizie wyglądają jak z filmów podróżniczych z dalekiej Azji. Pycha! Po drugie, wiadomo, że język cały czas ewoluuje zmienia się i wystarczy jedno pokolenie, by nawet brzmiał inaczej. Tutaj mamy różnicę ponad stu lat. Zadbano o specyficzny język, który oddaje klimat poszczególnych warstw społecznych (co w przypadku roli w którą wcielił się Robert Downey Jr wymagało jeszcze więcej pracy, jako że literacki bohater lubił przebieranki)... jednakże tłumacz zwalił tę robotę i po najmniejszej linii oporu przetłumaczył na współczesny potoczny język polski. Jest to kolejny film, w którym dowcip czy aluzja (i to nawet nie subtelna) ginie w chałupniczej robocie "tłumoka".

Po trzecie John Watson nie jest tylko pomagierem Holmes'a! Nie jest też upośledzonym towarzyszem!!! A Jude Law jako Watson jest rewelacyjny. I to mi się podoba. Holmes nie istniałby bez Watsona. I odwrotnie również (kto widział wie o co chodzi). O reszcie aktorów nie będę się rozpisywał, chociaż powinienem :D
Po czwarte - muzyka! Hans Zimmer! A jak :D Nie wiem co on tam po cichu popala, a może stały współpracownik Lorne Balfe przyniosła kosmopolityczne tło. Z jednej strony pobrzmiewa angielska nuta, później trochę szkockiej, irlandzkiej też... zabiła mnie bałkańska i klezmerska. Umiejętnie wpasowana w akcję filmu. Moim faworytem jest utwór "I Never Woke Up in Handcuffs Before", który ilustruje... HA! A tego nie zdradzę.

I po piąte... (ok już kończę wyliczankę). Walka! Nie wiem kto wpadł na pomysł stworzenia indywidualnego stylu walki naszych bohaterów, ale dodaje smaczku. Sherlock ma czasem zbyt wyrafinowany (widowiskowy) styl, co w pewnych okolicznościach jest jego słabością. W przeciwieństwie do Johna, który (zapewne po doświadczeniach wojennych) ma dość prostą filozofię walki, z mojego punktu widzenia bardziej efektywną.
Nowy Holmes jest w zasadzie inny od pozostałych ekranowych inkarnacji. Nie jest to pompatyczny bubek (czy zblazowany ignorant, którego trzeba pilnować jak dziecka). Jego intelekt, elokwencja i wszelakie umiejętności budzą zarazem respekt i podziw. Przy tym jest także bezpardonowo szczery, co owocuje dość zamkniętym kręgiem znajomych. Bałaganiarz, z subtelną nutką abnegacji, przez którą dość często ofiarą padają ubrania jego sąsiada, Watsona, by detektyw jakoś wyglądał (często z naciskiem na "jakoś"). Poza tym jak każdy szczery chłop lubi czasem rekreacyjnie komuś w mordę dać :D

Holmes i Watson są w trakcie śledztwa, którego rozwiązanie ratuje życie niewiaście i odbiera wolność lordowi Blackwoodowi (Mark Strong). Jego lordowska mość, ma już wystarczająco dużo dowodów winy (kilka niewieścich ciał) przeciwko sobie, by zadyndać na szubienicy. I tak też się staje. Watson stwierdza zgon. Mordercę chowają, by następnego dnia odkryć, że w ogóle nie złożył swoich kości do grobu. Tzn. ktoś złożył. Narasta panika. Blackwood parał się czarną magią i coś tam mamrotał o nowym porządku. Sprawą lorda ponownie zajął się Sherlock, podczas której wącha, liże, maca, etc. (tzw. organoleptyka - kiedyś CSI wyglądało nieco inaczej :D W tym samym czasie John Watson postanawia wyprowadzić się z domu i ożenić.
Dynamiczny, barwny (mimo utrzymanej dość monotematycznej kolorystyki) awanturniczy lekki kryminał. Bawiłem się przednio. Polecam.

środa, 13 stycznia 2010
Parnassus.

oryg. The Imaginarium of Doctor Parnassus link strona filmu link

"[...]an accidental overdose of prescription drugs that included painkillers, sleeping pills and anti-anxiety medication."
Ta. No trudno w takim przypadku mówić o ćpaniu, nie? W końcu jest niedokończony film, zła prasa o jakimś zaćpanym kolesiu raczej dobrze nie wpłynie dobrze na realizację. Szczerze powiedziawszy Terry Gilliam spokojnie mógł zastąpić Heatha Ledgera innym aktorem. Ale to moje zdanie. Nie to, ze  Ledger był złym aktorem, w mojej opinii. Jego role niczym się nie wyróżniały. "Zabawne" jest to, że dopiero po jego śmierci w ogóle zauważyłem tego aktora, mimo że większość filmów z jego udziałem widziałem. Po prostu mediom brakuje młodych zdolnych, którzy zostali przedwcześnie odebrani widzom. Jamesa Deana z niego nie zrobią.

Do rzeczy. Terry Gilliam wraz z Charlesem McKeown ponownie stanęli ramię w ramię jako scenarzyści. Nie chcę oceniać ich obecnej współpracy na tle "Brazil" i "Przygód barona Munchausena". Film wyszedł poprawnie, widać ich rękę... jak i upływ czasu miał wpływ na obydwu panów.
Historia opowiada... czego ona nie opowiada :D Doktor Parnassus wraz ze swoją córką Valentiną, karłem Percy'm i młodym aktorem Antona szwenda się po Londynie szukając chętnych do wzięcia udziału w ich przedstawieniu. Zainteresowanie chcą wzbudzić wśród wychodzącej bądź wyrzucanej z klubów podpitej publiki. Ich wóz, pełniący również rolę sceny ma napęd prawie ekologiczny - konie :) Już na samym początku dowiadujemy się, że "The Imaginarium of Doctor Parnassus" to nie tylko szopka z tandetnymi rekwizytami, pamiętające inną epokę, ale coś co graniczy z magią.
Jadąc przez most, Anton dostrzega tańczący cień na wodzie. Valentina szybko kojarzy co się dzieje. Szybko sciągają wisielca spod mostu. Uratowany nie wie kim jest. Valentina jest zauroczona nowym, którego obdarza imieniem George. Anton jest zazdrosny. A Parnassus ma zgryz, ponieważ pojawił się stary znajomy Pan Nick (diabeł we własnej osobie), który chce dotrzymania umowy. W charakter umowy jest wtajemniczony Percy, z którym doktor podróżuje od stuleci...
Jest to interesująca propozycja w kinie. Zwłaszcza dla tych, którzy nie mieli do czynienia z takim kinem. Trzeba też powiedzieć, że Terry Gilliam zrobił lepsze i gorsze filmy od "Parnassusa". Jednakże tym razem wszystko w filmie jest zbyt wyraziste i oczywiste. Nie wiem co zaciążyło nad tą produkcją, ale wyraźnie widać spadek formy (co prawda nie jest to gniot jak "Bracia Grimm"). Treści wałkowane od lat, co należy, jaką wybrać drogę etc.. W zasadzie bez końca można to memłać i nic z tego nie wynika. Z czasem staje się to bardziej przystępne i zrozumiałe, a ukryte sensy, znaczenia są dla nowego pokolenia niuansem łatwym do sprawdzenia. Pytanie czy któryś z tych młodych widzów po seansie poświęci chwilę, by chociaż zrozumieć dlaczego wybór Charlesa McKeowna imienia Parnassus jest wzięty od pasma górskiego w Grecji (po polsku Parnas) i co ma wspólnego z poetami z XIX wieku :) Wizualnie jest zabawny, nie powala wyobraźnią, ale na tle innych produkcji jest to prawdziwy majstersztyk.

Aktorzy zagrali swoje i wyszło im to pysznie. Rewelacyjny jest Tom Waits jako Pan Nick, naprawdę świetny. Zaskoczył mnie aktor wcielający się w Antona - Andrew Garfield, mam nadzieję dość szybko obejrzeć filmy z jego udziałem. Spodobał mi się również Christopher Plummer - Parnassuss, co prawda jego gra była nieco schizofreniczna, ale licentia poetica (podobnie jak w przypadku Toma Waitsa).
Film polecam. Być może w chwili obecnej nie jest przełomowy czy odkrywczy. Czasem jest tak, że dzieła muszą dojrzeć w świadomości widzów (w tym mojej), żeby zyskał znacznie wyższą rangę niż tylko ciekawy seans na jedno popołudnie.

Chodziło mi po głowie kilka tytułów, ale mózgownica podczas seansu przyczepiła się do "Gabinetu doktora Caligari". Ciekawe czemu :D

środa, 06 stycznia 2010
Avatar.

oryg. Avatar link strona filmu link avatar wiki link

James Cameron kazał długo na siebie czekać. Pomijam gniota "Titanica" i... "Prawdziwe kłamstwa". Chociaż nie, to drugie nawet zabawne było. Po drodze zrealizował parę filmów, ale raczej nie dla rozrywki. Poza tym jest to człowiek, który angażuje się w techniczną stronę filmu. Jest współtwórcą, współpomysłodawcą kilku innowacji kinowych. I niestety ma słabość do niebieskiego :) Stąd też tak długo trzeba było czekać na ten film, którego koncepcja sięga podobno 1995 roku. Szczerze powiedziawszy "Avatar" to konglomerat różnych pomysłów z powieści science fiction (głównie amerykańskich), francuskich i japońskich komiksów i filmów animowanych (też francuskich i japońskich; i nie, nasiona nie mają nic wspólnego z kodamas z "Księżniczki Mononoke" - odpowiedź jest w "Final Fantasy", w którym? hehe). Jak wyszło? Dobrze. Mam na myśli warstwę fabularną. Co prawda miałem wrażenie, że widzę skrzyżowanie "Pocahontas" z "Ostatnim Mohikaninem". I przestańmy na litość kogokolwiek udawać, że sami wymyśliliśmy tę "Pocahontas" - porównanie powstało po pierwszej prezentacji i to jeszcze nie pełnej wersji filmu. (To poniżej to dla jaj).

Było to irytujące. O ile pomysły, koncepty wzięte z innych półek były do przełknięcia to Indianie jakoś mi zgrzytało tak samo jak nazwa niebieskich ludzi "Na'vi" ewidentnie kojarzyło mi się z native (domyślnie "American Native"). Drugim minusem filmu jest jego... łagodność. Rozumiem budżet, wymagania wytwórni... szeroka publiczność, czyli amerykańskie nastolatki. Ale chciałbym coś bardziej dojrzałego, nawet kosztem jakości efektów.

Do plusów należy to, że nie ma czego ekstrapolować. To czego nie powiedziano w filmach widać na obrazie. Tutaj wyjaśnie, że stworzono na potrzeby filmu ekosystem księżyca Pandora. W zasadzie można stworzyć cykl programów popularnonaukowych, by np. Sir David Attenborough (wybaczcie, ale Cejrowskiego boso bym tam nie wysłał:) opowiadał o florze i faunie. Moim zdaniem więcej pracy włożono w stworzenie świata (nie mam na myśli efektów specjalnych) niż w fabułę. Co prawda złożoność ekosystemu, ale przy odrobinie pracy (choćby zaproponowanym przeze mnie programem) śmiało mógłby konkurować z "Diuną" Franka Herberta.
Również słychać pracę. Stworzonym językiem na'vi można się porozumiewać :) Odpowiedzialny jest za to Paul Frommer profesor z Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Jeśli ktoś ma ochotę spróbować czegoś innego niż język klingoński zapraszam na tę stronę :D
Świetna muzyka James Hornera. Mam nadzieję, że pojawi się krążek ze śpiewem Na'vi :D
CGI stoi na naprawdę wysokim poziomie. Minie wiele lat nim kolejna produkcja zdystansuje jakość "Avatara". Animacja zwierząt jak i humonaidów została stworzona dzięki motion capture. Co w przypadku zwierząt dało rewelacyjny efekt.
Jestem już po trzecim seansie. Film zrealizowano w 2D, cyfrowe 3D (Digital3D) i Imax3D. Pewnie się powtarzam, ale jako dzieciak obejrzałem dużo filmów w 3D (nie techniki Imax, ani cyfrówki, ani anaglifów), robi na mnie wrażenie film i jakość a nie bajery w CZYDE. Komu polecam oglądanie w 3D? Tym, którzy nie mają wad wzroku (krótkowidze czesto widzą podwójny obraz), ci, którzy noszą szkła kontaktowe a nie okulary (problemy z nałożeniem okularów 3D na własne). I tym, którzy znają angielski na tyle, by oglądać film bez patrzenia na napisy. Jako okularnik, który cały czas rehabilituje swoje oczy (nie żartuję, oczy też się rehabilituje a nie tylko kroi czy wrzuca na plus czy minus) dostosowałem wzrok na 2,5 godziny. Co prawda po seansie wchodziłem na każdy możliwy słup :D Reasumując, 3D dla dzieciaków oraz dla tych, którzy nie znają tej zabawki i oczywiście dla tych, którzy mają nadmiar gotówki. Zdecydowałem się o tym napisać, bo po seansach (w trakcie również) ludzie strasznie narzekali, że widzą podwójnie, albo rozmywają im się krawędzie, albo muszą "latać" głową po całym ekranie, o komentarzach, że niektórym wychodziły oczy z orbit i bolała głowa wspominać nie muszę :D

Akcja dzieje się w 2154 roku (co prawda rozpoczyna się kilka lat wcześniej) na odległym od układu słonecznego księżycu jakiejś planety, o wdzięcznej nazwie Pandora. Księżyc wygląda jak raj dla botanika albo koszmar dla astmatyka :D Dla ludzi jest piekłem. Wszystko co żyje i się przemieszcza jest skupione na tym, by zabijać. Ludzie przybyli na ten księżyc w celu wydobycia unobtainium - nadprzewodnika wartego 20 milionów zielonych za kilogram (40 baniek za kilogram rafinowanego). By wydobywać minerał nie przeszkadza także toksyczna atmosfera. Byli wojskowi, obecnie najemnicy chronią kopalnie, jak i rafinerię.
Na Pandorę trafia weteran Jake Sully (Sam Worthington), w zastępstwie za swojego zamordowanego brata. Bynajmniej nie z sentymentu zaproponowano Jake'owi tę fuchę. Z DNA jego brata i na'vi stworzono awatara ludu na'vi, do którego będzie mógł się podłączyć. Sully jest typowym tępogłowym jarhead'em (co w filmie w pewnym momencie jest potraktowane dosłownie :) Na miejscu zostaje przydzielony do naukowego zespołu doktor Grace Augustine (Sigourney Weaver), która nie darzy sympatią wojskowych. Nawet inwalidów. Jake dość szybko opanowuje swojego awatara. Pierwszą rzeczą jaką robi po przebudzeniu wyrywa się swoim "nowym ciałem" z laboratorium, i biegnie. Po prostu :) Wraz z zespołem Augustine próbuje nawiązać kontakt z na'vi jednocześnie badając i zbierając próbki flory świata Pandory. Podczas z jednej wyprawy zostaje oddzielony od reszty zespołu. Zostaje sam w niegościnnym środowisku. W pewnym momencie jest śledzony przez Neytiri, kobietę z gatunku na'vi. Chciała go z miejsca ukatrupić, ale coś się wydarzyło, że zaniechała tego. W nocy pdoczas potyczki z lokalnymi zwierzętami, Neytiri wkracza ratując Jake'owi życie. Później wydarzyło się ponownie coś :D i Neytiri zabrała go ze sobą do drzewa, w który mieszkają na'vi. Niebiescy ludzie są jednak... nie, nie głupi... bezrefleksyjni. Ale to zobaczycie w filmie gdzie serce wygrywa z rozumem (chociaż filmowcy będą przekonywać z całych sił, że i rozum też ma coś do powiedzenia :)
Generalnie polecam. Jako miłośnik sciencie fiction zostałem prawie zaspokojony - tło, świat Pandory; jako miłośnik filmów dostałem tylko akcję bez fabuły i oryginalnego konceptu. Film wygląda pysznie, warto go obejrzeć niezależnie od tego czy ma się to zrobić w 2D czy 3D :D

SPOJLER
Takie moje uwagi. Główny bohater jest inwalidą wojennym tylko po to, by nie można było o nim powiedzieć, że jest debilem. Wiecie, poprawność polityczna. Być może kanadyjski reżyser chciał pokazać światu kogo amerykańska armia ma w swoich szeregach. Zresztą armia najemników na Pandorze przypomina najeźdźców z Iraku i Afganistanu. Wojaków, dla których życie to, przepraszam za przekleństwo, soldatesca. A są tam dla ropy.
Wracając do MAIN HERO, jak widać z tego kiepskiego scenariusza nie trzeba nic umieć, ani być specjalnie bystrym, wystarczy odpowiednie pochodzenie, by otrzymać niezłą fuchę. MAIN HERO ma kompatibilne geny z awatarem.

środa, 28 października 2009
Odlot.

oryg. Up link strona filmu link polska strona link

Korzystając ze sposobności czyli wyrwania się w pracy (urlop na żądanie) zaliczyłem spotkanie w sprawie piractwa internetowego. W planach mialem też wyjście do kina. Powód nader oczywisty. Jako okularnik nie lubię filmów 3D (chyba, że będą okulary +2D :), a dwa, że w dzieciństwie obejrzałem kupę (radzieckich, francuskich i nawet parę polskich) filmów w 3D (nie mylić z obrazem anaglificznym, tą techniką ekscytowali się Amerykanie - pierwsza styczność z tą techniką pośrednio przez "Miasteczko Twin Peaks" :) A jedyne znane mi kino, które wyświetla takie filmy w 2d, kiedy inne szaleją z tymi okularkami to Femina. Istotny był też fakt, że seanse we wtorki i czwartki kosztują 13 zeta za seans.

"Odlot" jest przewrotnym obrazem. Niby mamy fajowski film dla dzieciaków i ich rodziców... a na seansie? Nie wiem dlaczego utarło się, że filmy Disney'a są sztuczne, gdzie nie ma dramatów, rzeczywistego odzwierciedlenia problemów. Dość często bohaterzy disneyowskich filmów dla dzieci stykają się ze śmiercią swoich bliskich, wyalienowaniem, walką o przeżycie. Bo przecież "Dumbo" to rozkoszna bajka o uroczym słoniątku, które akceptację znajduje pośród swoich, nie? Nie będę wymieniał wszystkich znanych produkcji i wyliczał dramaty bohaterów z którymi muszą się zmierzyć.

W "Odlocie" nie jest inaczej. Poznajemy młodego Carla Fredricksena, który jest dzieckiem i z zapartym tchem ogląda "kronikę filmową". Znany podróżnik Charles Muntz, zostaje oskarżony o dokonanie fałszerstwa. Muntz z ekranu żegna się ze swoimi fanami, że powróci kiedy uda mu się udowodnić swoją niewinność - zdobędzie żywy egzemplarz zwierzęcia o które został posądzony, że je spreparował. Szcześliwy Carl wracając do domu wchodzi o opuszczonego domu, gdzie poznaje żywiołową równolatkę Elę - rówież fankę podróżnika. Przyjmuje go do klubu... i chwile później Carl ma złamaną rękę.
Następnie mamy ze świetną muzyką (Michael Giacchino po raz kolejny udowodnił, że jest dobry w "te" klocki) w tle swoisty film krótkometrażowy. Co się działo, jak wspólnie żyli i jak Carl stał się wdowcem. Ten fragment jest najmocniejszą częścią obrazu.
Carl Fredricksen jest 78letnim mężczyzną, który jak to starszy człowiek jest odbierany jako człowiek zgorzkniały, upierdliwy i uciążliwy. Tym bardziej, że pan Fredricksen nie chce się przeprowadzić do domu starców, mimo że w okół jego domu trwa budowa wieżowców, centrów handlowych czy czego tam.
Przez mały incydent zostaje zmuszony do opuszczenia domu pełnego wspomnień. Ale jego przekorny charakter bierze górę i... wypełnia helem setki, setki, setki baloników i przyczepia je do paleniska. Postanawia spełnić wspólne marzenie, swoje i Eli, udać się do Ameryki Południowej.
Kiedy surrealistyczny wehikuł wznosi się do nieba... do drzwi puka chłopiec, zuch (czy raczej ze względu na okoliczności skaut), który "zaplątał" się chcąc pomóc starszej osobie (uzyskując w ten sposób kolejną sprawność). Niech Was nie zwiedzie postawa Russela, on też ma swój dramat, ale tego dowiecie się sami.

Film, mimo że nie jest powalający pod kątem komedii, ani porywający jako film przygodowy czy wystarczająco smutny na dramat - jest po prostu świetny jako całość.
Nie jest ani zbyt poważny, by dziecko miało problem z jego odbiorem, ani zbyt infantylny, by dojrzały widz cierpiał katusze. Wielowarstwowość, wątki, problemy i rozrywka zawarte w tej produkcji pozwala na różne interpretacje i na odbiór poszczególnych elementów, jak i całości. Zdecydowanie polecam.