krótko o filmach jakie obejrzałem, czasem o mnie.
Kategorie: Wszystkie | filmy | krótkimetraż | muzyka | osobiste | parodie | różne ploty | zwiastuny
RSS
wtorek, 09 lutego 2010
Spanie o poranku :)

Fakt, że ktoś ma ileś tam lat nie zwalnia z głupoty. Czekałem na konserwatora w pomieszczeniu. Czekam i czekam. Z nudów postanowiłem pojeździć sobie na krześle na kółkach. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Usiadłem oparłem nogi na futrynie i fruu! Prosto na glebę. Będąc już na poziomie zero stwierdziłem, że pierdolę i nie wstaję. W sumie dobrze też się stało, bo z perspektywy zerowej zobaczyłem, że ktoś uwalił nóżkę od biurka. W robocie mamy zwyczaj sadzania dupisk na biurku. Zwłaszcza na cudzych. Rezultat mógł być bardziej opłakany od mojego świadectwa głupoty. Po konserwatora musiałem zadzwonić, bo zapomniał, że ma przyjść i zdążył już zacząć wchłaniać jakąś kanapkę. Czyli zrobiliśmy dwie rzeczy zamiast jednej. Ratując w domniemanej przyszłości czyjść kubek z kawą, który niechybnie zaliczyłby poziom zero.
Aktualnie się alkoholizuję z Jadwigą. Znaczy Jadwigą miodem półtorakiem. Trudno w to uwierzyć, ale lekarz zakazał mi abstynencji. Nie to, że jakąś uprawiałem. Tyle, że z promilami miałem styczność średnio raz na półtora roku :D W celach zdrowotnych przepisał mi jakieś paskudne ziółka na spirytusie. A mnie po różnych alkoholach wykręca szyję jak w "Egzorcyście". Zatem wybrałem opcję szlachetniejszych trunków również uważanych za lekarstwo. Zwykle dotyczą one niedoli i jaka ona jest dla mnie niedobra. Ale whiskey żoną mi być nie będzie.

20:15, latajacy_talerz , osobiste
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 lutego 2010
Planeta 51.

oryg. Planet 51 link strona filmu link polska strona link

Na przedmieściu rodem z "Powrotu do przyszłości" toczy się życie... zielonych stworków, które nie noszą spodni, mają cztery palce u dłoni (z przeciwstawnym kciukiem). Lem (Maciej Stuhr) - nasz nastoletni bohater właśnie dostał pracę w obserwatorium. Jego kumpel Skiff (Jarosław Boberek) jest nieco odmienny (nawet jak na kosmitę :) wierzy w spisek i istnienie UFO, aktualnie pracuje w sklepie z komiksami czasem rozpakowując sztuczne rzygi. Neera (Magdalena Różczka) to miłość Lema... tyle, że jej młodszy brat Eckle (Maciej Dybowski) jest bardziej kumaty w tych sprawach - choć po prawdzie nic a nic go nie interesują, ale za to obcy zamieniający ludzi w zombie to już inna historia.

Pewnego dnia na podwórku ląduje coś wyglądający na statek kosmiczny. Wychodzi z niego coś dziwnego. Takie w białym kombinezonie bez twarzy COŚ. To kosmita. Ów kosmita twierdzi coś zgoła innego, że to wszyscy na planecie to kosmici. Przybysz ma jednak twarz i imię, nazywa się Charles Baker (Piotr Adamczyk). Jest astronautą i mówi na siebie Chuck.
Generał Grawl (Adam Ferency) dowodzący tajnym ośrodkiem, którego nie ma chce dorwać obcego. Lem chcąc nie chcąc pomaga Chuckowi, który jak na asa kosmosu to specjalnie bystry nie jest.

Miłośnicy science fiction znajdą mnóstwo nawiązań. Niektóre śmieszne, niektóre śmieszniejsze. Sporym zaskoczeniem dla mnie był kraj produkcji. Hiszpania! Miasteczko jawi się jak z filmów lat 50tych z USA. Co do zabawnych tekstów, jest ich mało. Raczej żart jest sytuacyjny albo parodie scen z kultowych filmów (nawet zdarzają się parodie parodii :) jak np. scena z "Deszczowej piosenki". Film przygodowy dla dzieciaków.
Spędziłem mile czas oglądając zmagania bohaterów wlaczących z ksenofobią i ograniczeniem :D

piątek, 05 lutego 2010
Księga ocalenia.

oryg. The Book of Eli link strona filmu link polska strona link

Nie będę udawał, że w ogóle kojarzyłem The Hughes Brothers. Z reklam nie wiele mi świtało, jako, że to dzieło twórców od "Matrixa". Swoją drogą już mi niedobrze. Kolejne dzieło "tych" od "Matrixa". Ale niech im będzie. Ci "twórcy" to Joel Silver producent i Steve Richards współproducent. A kim w ogóle są bracia Hughes? No cóż. Kojarzycie może film "Z piekła rodem"? To właśnie ich dzieło.
Do rzeczy. Świat przeżył apokalipsę, jakieś 30 lat temu. No nie była znowu taka straszna. Wypalone ziemie, popiół zamiast deszczu, nadmiar UV, niedomiar jedzenia, kanibalizm, rabusie... Nie, to nie ekranizacja "Fallout" :) To postapokalipsa według Gary'ego Whitta (scenarzysta). Bohater to starszy jegomość, Eli (Denzel Washington), który przemierza pustkowia w sobie znanym celu. To upoluje kota, to zaopatrzy się na zmarłym jak w supermarkecie, to nauczy szacunku do cudzej własności rabusiów. W nocy posłucha muzyki z "empetrójki", a rano nakarmi szczura.

Na jego drodze staje miasto, którego założycielem i "burmistrzem" jest Carnegie (Gary Oldman). Carnegie jest molem książkowym. Swoim ludziom, bądź co bądź niezbyt rozgarniętym, ale nadrabiających za to entuzjazmem, zleca szukania książki.
Eli wstępuje na małego drinka z wody do saloonu Carnegie. Jeden z ludzi postanawia go serdecznie przywitać. Jednak Eli woli dziewczęta.
Po chwili inni goście saloonu, postanawiają zbratać się z czarnoskórym przybyszem. Krótka prezentacja umiejętności zaskarbia gorące uczucia Carnagie, który chce zatrudnić Eli. Podkreśla, że rozumie jego potencjał i dlatego udziela mu przymusowej gościny dając mu strzeżony pokój, z kolacją i dziewczyną do towarzystwa - Solarę (Mila Kunis). Ale jednak chyba Eli nie lubi też dziewcząt. A może dlatego, że Solara maca jego księgę (którą skrzętnie chowa przed wzrokiem ciekawskich) zamiast jego. Nazajutrz, Carnagie dowiaduje się o książce Eli'ego. Błyskają mu iskierki w oczach. Pędem rusza do pokoju swojego gościa. Jednakże ten wyrejestrował się przed przybyciem kierownika hotelu. A reszta... to już historia :D
DUŻY SPOJLER.

W przeciwieństwie do recenzujących ten film nie ograniczam swojej wiedzy do materiałów prasowych. Niestety, nasza kultura, mimo chlubnej przeszłości z otwartością na to co inne jest od dawna ograniczona. Z tego co do tej pory przeczytałem kompletnie nikt nie wspomniał o szczególnej roli Biblii, którą niesie ze sobą Eli. I nie mam na myśli jej formy, tylko tego jaka ona jest. A jest dość szczególna. Niestety, żeby to zrozumieć albo trzeba nieco liznąć bliżej światowej historii (nie tylko dat) albo nieco więcej przeczytać. Biblia króla Jakuba, oryginalnie King James Version, jest Biblią protestancką. Być może część z widzów zauważyła rozbieżności w wersach tych bardziej znanych. Można uśmiać się z opinii, że to "film dla katechetów". Owo tłumaczenie księgi dość znacząco różni się od tej przyjętej przez katolików - (głównie) Biblii Tysiąclecia.
Ostatnie sceny są znaczące dla treści jakie niesie ze sobą filmowa historia. Niestety, musiałbym omówić niemal każdy element widoczny na ekranie począwszy od miejsca, poprzez kwiat, a skończywszy na kamieniu :) Z drugiej strony daje też możliwość wielorakiej interpretacji (choć z tego co czytam na serwisach filmowych wynika pewna monotematyczność).
W scenariuszu można odnaleźć echa wielu powieści, jak i filmów. Znaleźć tutaj można klasyczne dzieła literatury science fiction "451 stopni Fahrenheita" (zekranizowano), "Kantyka dla Leibowitza" i "Listonosza" (zekranizowano). O "Chłopcu i jego psie" (ekranizacja opowiadania) czy o "Mad Maxie" nie muszę wspominać. Co prawda wtórność tematu niezbyt dobrze świadczy o tzw. oryginalności. Nie mniej jednak dostajemy interesujący obraz o potędze zarówno miecza (symbolicznie - broni) jak i słów. O wartości, nadziei na jutro i przede wszystkim człowieczeństwie. Ubrany we współczesną poetykę zrozumiałą i atrakcyjną dla szerokiego odbiorcy (choć mam pewne wątpliwości odnośnie zastępów ludzi ciągnących do kina). Świetne ujęcia, wszystko skompane w niepokojącej muzyce (głównie) Atticusa Rossa (producent współpracujący m.in. z Korn'em i NIN). Ciekawe epizodyczne postacie zagrane przez Tom Waitsa, Frances de la Tour czy Malcolma McDowella.
Jest parę minusów, o bielutkich zębiskach w świecie gdzie zwykły szampon jest rarytasem, a środki czystości z KFC (productplacement fajnie wyglądał w tym filmie) mają wartość handlową.
Smutny, brutalny i bezwzględny świat przyszłości. Przypadł mi do gustu :D

poniedziałek, 01 lutego 2010
Księżniczka i żaba.

oryg. The Princess and the Frog link strona filmu link polska strona link

"Księżniczka i żaba" jest kilkukrotnym powrotem. Po pierwsze, po raz siódmy  Ron Clements i John Musker razem. Ich porzednie produkcje to: "Wielki mysi detektyw", "Mała syrenka", "Alladyn", "Herkules" i (mój ulubiony) "Planeta skarbów". Wszystkie te obrazy są wykonane ręcznie (no z "małymi" ustępstwami w ostatnim filmie :)
Po drugie, właśnie 2D - ręczna animacja. Kiedyś w Polsce mówiło się o takim filmie - film rysunkowy, co niestety stało się synonimem "bajka". A z biegiem czasu przyjęło się mówić - animacja.
Po trzecie - animowany musical.
Historia jest wariacją bajki o "Księciu zaklętym w żabę" E.D. Bakera, u nas znanym z pierwowzoru w wersji braci Grimm :)
Akcja zaczyna się w 1912 roku, w Luizjanie, w Nowym Orleanie. Dwie dziewczynki słuchają bajki o "Księciu zaklętym w żabę" czytaną przez mamę jednej z nich. Pierwsza z nich, to postrzelona Charlotte'a córka bogatego południowca - Tatko La Bouff. Druga, córka Eudory (to ona czyta bajkę) - Tiana. Pierwsza proklamuje, że wycałowałaby wszystkie żaby, byleby tylko znaleźć księcia, druga - ma zdecydowanie negatywny stosunek do całowania czegoś obślizgłego :)

Tiana mieszka wraz z matka i ojcem - James'em. James chce założyć restaurację. Ale marzenia, marzeniami a rzeczywistość na wojnie odebrała Tianie ojca. Po latach, dziewczyna pracuje na dwie zmiany, by z zaoszczędzonych pieniędzy spełnić swoje i ojca marzenie. Pewnego dnia okazuje się, że ma już wystarczającą ilość gotówki na pierwszą wpłatę za lokal. Tego samego dnia (ach te dziwne zbiegi okoliczności w tych filmach :) do miasta przyjeżdża książę Naveen z Maldonii (nie ma co klikać w sieci, to miejsce jest równie realna jak Nibylandia czy LV426 :). Charlotte'a jest podekscytowana (mało powiedziane :), że prawdziwy książę zawita do Nowego Orleanu. Jej ojciec spełniając kolejny kaprys - z okazji Mardi Gras (ostatni dzień karnawału) zaprasza arystokratę na imprezę. Naveen od razu po zejściu ze statku na ląd rzuca się w muzyczny wir... gdzie nieoczekiwanie spotyka doktora Faciliera, maga voodoo.
No cóż, później pewien pocałunek zwiększy liczbę zielonych bohaterów, a więc żaby. Do tego świetliki, aligatory, bagna, Bayo, gdzie mieszka Mama Odie i mnóstwo muzyki. No i niestety przez tę muzykę, ścieżka dźwiękowa została zdyskwalifikowana w starcie po złotą statuetkę, Oscara. Powodem było nawiązanie do istniejących motywów muzycznych. No cóż. Ale widzowie mogą nacieszyć ucho gospel, bluesem, zydeco i jazz'em. Za muzę jest odpowiedzialny Randy Newman (miłośnikom ścieżek filmowych nie muszę mówić kim jest ów pan :) Polski dubbing disneyowskich produkcji jak zawsze na wysokim poziomie.
Choć to może oczywiste, ale nie dla wszystkich. Nie powinno się brać do serca strony wizualnej, jak i dźwiękowej za rekonstrukcję historyczną.
Na filmie bawiłem się przednio. I pomimo zapewnień twórcy o tradycyjnej ręcznej robocie animatorów, pojawiło się kilka elementów grafiki komputerowej :) Dodatkowym (z mojego punktu widzenia) plusem jest to zastosowanie "niecodziennej" techniki kolorystki i oświetlenia w filmie rysunkowym.
Film polecam dużym i małym. Chociaż część małych bała się zębisk aligatora :)

Tradycyjnie, ugrupowania walczące o równość zarzucają tej disneyowskiej produkcji rasizm. Że Tiana jest za bardzo jasna, że jest za ciemna względem Naveen. Że tylko czarni cierpią, bo przez większość filmu są żabami. Że to nieładnie wybierać miejsce, w którym huragan zrobił ogromne spustoszenia. No rasiści jak nie wiem. W oryginalnej wersji udział wzięła Oprah Winfrey, z którą konsultowano problem rasizmu.

Uaktualnienie. Jeśli ktoś miał problemy z dostaniem się do goodies (dobroci) z płyty ścieżki dźwiękowej z "Księżniczki i żaby" w Internecie (brak możliwości zweryfikowania płyty, polskiego wydania) informuję, że już można klikac sobie w dwa strumienie wideo (teledysk Ne-Yo i zwiastun film). Swoją drogą zastanawiam się kiedy w Polsce będą tak szybko reagować na zgłoszenie o awarii. Btw. nie wiem co to za rarytasy, skoro mamy YouTube :D

niedziela, 31 stycznia 2010
Pożegnania.

oryg. おくりびと link strona filmu link anglojęzyczna strona link

Japoński film Yôjirô Takita reżysera znanego polskim widzom (niekoniecznie z sal kinowych. Obraz ten został nagrodzony wieloma nagrodami... powiem tylko, zasłużenie.
Daigo Kobayashi (Masahiro Motoki) dopiero co dostał się do orkiestry. Niestety orkiestra zbankrutowała i właściciel ją rozwiązał. Postanowił wrócić do odziedziczonego po matce domu. Żona bez słowa przyjęła wszystkie rewelacje męża i bez żadnego oporu podążyła za nim do ich nowego domu. Na miejscu Daigo znalazł w gazecie ogłoszenie o pracę na które postanowił odpowiedzieć. Raczej się domyślał charakteru pracy. Z miejsca został przyjęty. Miał pewne wątpliwości. Został przyjęty na NK (taki skrót zobaczycie w kinie, pełne słowo to "nokanshi"). Jest to osoba, która zajmuje się ciałem zmarłej osoby przed pochówkiem. Przy przygotowaniu ciała są obecni bliscy. Zaliczka pomogła mu podjąć decyzję, a późniejsze wysokie honoraria tylko go zachęciły do pracy.

To tyle. Poniżej będę już nieco spojlerował :D
Wbrew temu co jest widoczne na ekranie, Japończycy mają trochę inne podejście do tematu śmierci. Z grubsza o tym wszyscy wiedzą. Film w dość uniwersalny sposób przełamuje tabu zarówno w innych kulturach jak i w rodzimym kraju. Osoby pracujące przy ciałach zmarłych nie są szanowane. Są traktowane jako "brudni" i "nieczyści", co w złożonej kulturze japońskiej sprawia, że są wyjątkowo separowani ze społeczeństwa. To czym się zajmujmą "nokanshi" nie jest też zwyczajowo popularne. Jest to coś na kształt obrzędu, który oswaja bliskich ze śmiercią i w niezwykły sposób nadaje godności osobie zmarłej. Wielkim atutem w "Pożegnaniach" jest to, że udało się to pokazać. Wraz z bohaterem przechodzimy przez szok i odrazę do śmierci. Oswojenie z czymś co w końcu spotyka każdego.
Niezwykła wrażliwość Daigo, która dotychczas uzewnętrzniała się w zamiłowaniu do gry na wiolonczeli i obyciu w stosunku (tyle wiemy jako widzowie :) do swojej żony znajduje ujście w nowej pracy.
Całości dopełnia muzyka, która również jest bohaterem tego obrazu.

Dotychczas z podobnym temat zetknąłem się w komiksie (mandze) autorstwie Mitsukazu Mihara - Balsamista (jak się domyślacie pozycja adresowana jest dla dorosłych :)
Zdecydowanie polecam.

17:09, latajacy_talerz , filmy
Link Dodaj komentarz »
Maraton.

Weekendowy maraton filmowy zakończony. Kieruję się co prawda zasadą "jeden film dziennie", ale "jeden NOWY film dziennie" nie wyklucza innych. Zatem "Pożegnania", "Bękarty wojny", "W stronę Słońca", "Księżniczka i żaba", "Księga ocalenia", "Planeta 51" i "Potwory kontra obcy". O tym co pisałem to pisałem o reszcie. No cóż, czeka mnie teraz maraton pisania :D

Ale najpierw się kimnę :D

16:07, latajacy_talerz , osobiste
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 stycznia 2010
Alvin i Wiewiórki 2.

oryg. Alvin and the Chipmunks: The Squeakquel link strona filmu link

Drugie spotkanie śpiewających wiewiórek na dużym ekranie. Jest to bezpośrednia kontynuacja (sequel) pierwszej części z 2007 roku.

Wiewióry są gwiazdami rocka (ale śpiewają... piszczą nie tylko rockowe szlagiery). Aktualnie dają koncert charytatywny koncert we Francji sponsorowany przez telewizję VH1. Alvin tradycyjnie musiał dać czadu na scenie, za co ich przybrany ojciec (człowiek) Dave zapłacił pobytem w szpitalu. Podczas rekonwalencensji Dave'a, chłopakami ma zająć się cioteczka "od popcornu" Jackie, która na lotnisku przybyła ze swoim wnukiem Toby (Zachary Levi, najbardziej znany z serialu "Chuck"). Tobuś (jak sam mówi o sobie) jest przyklejony do gry Nintendo i przez przypadek wysyła cioteczkę Jackie do szpitala, tym samym to na niego spada obowiązek zajmowania się wiewiórkami i dopilnowania, by poszły do szkoły (z miejsca do liceum :)

Szkoła ma pewne kłopoty z kółkiem muzyczny, jeśli nie znajdą się pieniądze na nie - kółko zostanie zamknięte. Dyrektorka fanka wiewiórek proponuje im, by wzięli udział w konkursie, w którym można wygrać 25 tysięcy dolarów dla szkoły.
W tym samym czasie, żeńskie trio wiewiórek trafiają do byłego menedżera Iana Hawke'a, który spadł z piedestału wytwórni (kto widział część pierwszą wie dlaczego :) Posuwając się do swoich typowych zagrywek wystawia żeńskie trio Wiewióretki przeciwko Wiewiórkom.
W filmie oprócz tego zamieszczono tzw. życie licealistów, w którym Alvin, Szymon i Teodor muszą się odnaleźć.
Jeśli komuś nie przypadł do gustu ani jeden serial (od lat 60tych trochę ich zrobiono) ani filmy - to w tej materii nic się nie zmieni. Dalej się nie będzie podobał.
Film familijny, adresowany do dzieciaków. Dobry dla rozluźnienia. Niestety w tej części zrezygnowano z polskich wersji piosenek. Można obejrzeć.

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Spokojny człowiek.

oryg. He Was a Quiet Man link

Produkcja zalicza się do filmów z etykietką dziwnych. Istotnie jest trochę nietypowa :)
Chirstian Slater wcielił się w postać Boba Maconela, inżyniera, który nienawidzi calym sercem swojej pracy i ludzi. Nie ma osobistego życia, no chyba, by zaliczyć rozmowy z rybką... która mu odpowiada.
Bob codziennie w pracy pod biurkiem ściska pistolet i wylicza kogo zabije i za co. Pewnego dnia upada mu kula, szybko nurkuje pod biurko. I nagle słyszy odgłosy strzałów. Okazało się, że jego plan nie był oryginalny. Tyle, że innemu pracownikowi skończyła się cierpliwość. Bob nie jest specjalnie zaszokowany, reaguje dopiero kiedy morderca celuje w stronę Vanessy (Elisha Cuthbert). Dziewczynę, którą wszyscy lubią głównie za jej uśmiech. Bob zabija "kumpla" i zostaje nagle bohaterem. Awansuje. Życie się nagle dla niego zmieniło. Ci, którzy na niego wrzeszczeli są jego przyjaciółmi. Jednak Vanessa, która w wyniku strzelaniny zostaje sparaliżowana prosi, by Maconel odebrał jej życie.

Trochę pachnie klimatem "Prawdziwego romansu", ale tylko pachnie. Świetne aktorstwo, niesamowita historia (choć początek całkiem zwyczajna). Polecam.

sobota, 23 stycznia 2010
Z miłości do gwiazd.

oryg. Mes stars et moi link

Jest to kolejny film Laetitii Colombani. Jest to komedia. Choć z początku zapowiada się na co najwyżej obyczajowy. Zatem możemy się pośmiać, ale dopiero jak zaczną zawiązywać się cieśniej losy bohaterów.
Robert (Kad Merad) chodzi na premiery filmowe. W swoim biurze pełnym zdjęć aktorek dzwoni do redakcji czasopism opieprzając dziennikarzy. Jego grafik jest mocno napięty. I nic dziwnego. Aktualnie sprząta w biurach. To w którym pracuje należy do menedżera aktorek. Kradnie zaproszenia na premiery, spisuje sobie informacje z terminarzy. Jest świetnie poinformowany o aktorkach, kobiet dla niego nieosiągalnych. Po prostu śledzi gwiazdy ekranu, równocześnie zaniedbując swoją żonę i córkę.
Kiedy na warsztat trafia nowy scenariusz, on wybiera trzy aktorki do głównych ról - Solange Duvivier (Catherine Deneuve), Isabelle Séréna ( Emmanuelle Béart) oraz Violette Duval (Mélanie Bernier). Dziwnym trafem menedżerowi podoba się ten wybór, jednak nie wie kto go dokonał. A zatem trzy panie spotykają się na planie. W swoich wozach dla giwazd (odpowiedniej wielkości dla ugruntowanej sławy, z dorobkiem oraz wschodzącej gwiazdy) znajdują od wielbiciela (Roberta) kwiaty. Aktorki postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. I to teraz Robet nie będzie mógł się opędzić od aktorek pod których wystawał pod domami, ingerował w życie osobiste.
W tym samym czasie żona Adeline (Maria de Medeiros) odchodzi wraz z córką. Robert zostaje z kotem, który cierpi na depresję. Psykoterapeutką kota jest sama reżyserka.
Świetna komedia. Niestety początek filmu tego nie zapowiada, ale trwa to góra 20 minut. Zdecywanie polecam. Nie wiem jakim cudem, ale faktyczna gwiazdorska obsada nie wchodzi sobie (choć w filmie dwie gwiazdy wylewają na siebie litry jadu :) w paradę. Polecam.

Tagi: komedia film
15:00, latajacy_talerz , filmy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2010
Musicale.
Przeczytałem "artykuł" na temat 10 musicali wszech czasów. Dosyć czesto miałem negatywne odczucia co do jakości tekstów Esensji. Z tego też powodu przestałem się stresował i odpuściłem ich lekturę. Czasem zdarzy się, że nieopacznie przeczytam tekst w innym mijescu. Tekst opublikowany na Stopklatce.
Na liście pojawiły się skończone gnioty jak "Chicago" z 2002 czy "Moulin Rouge" z 2001. Mimo, że przypadł mi gustu " Sweeney Todd - demoniczny golibroda z Fleet Street" z 2008 mam wątpliwości, by znajdował się na liście musicali wszechczasów. Wątpliwości też mną targają przy "Rent" z 2006, ale niezbyt wielkie.
Wybór pozostałych tytułów jest sztampowy - czyli bezpieczny wybór głośnych tytułów. "Skrzypek na dachu"; "Hair" z 1979; "Deszczowa piosenka" z 1952; "Jesus Christ Superstar" z 1973; "Kabaret" z 1972; "Grease" z 1977. O czym świadczy ten wybór? O wieku tworzącego ten zestaw.
Czego zabrakło? Wielkich dzieł nie pochodzących z epoki dzieci kwiatów. Owszem mamy jeden. Ale o "Deszczowej piosence" trudno nie napisać. Osobiście nie lubię takich rankingów, zwłaszcza tworzonych przez jedną osobą, której wybór jest ograniczony do tego co sama lubi. Listy musicali wszechczasów nie zamknie się w 10 pozycjach. Poniżej spis tytułów, które fan filmowych musicali powinien przynajmniej poznać. Kolejność przypadkowa.
"Zabawna dziewczyna" - 1968;
"My Fair Lady" - 1964;
"Czarnoksiężnik z krainy Oz" - 1939;
"Dźwięki muzyki" z 1965;
"Labirynt" z 1986;
"West Side Story" z 1961;
"Wielki Zegfield" z 1936;
"Gigi" z 1958;
"Niczego nie żałuję – Edith Piaf" z 2007;
"Czarnoksiężnik" z 1978;
"Siedem narzeczonych dla siedmiu braci" z 1954;
"Zabawna buzia" z 1957;
"Help!" z 1965;
"Mamma Mia!" z 2008;
"Yentl" z 1983;
"Parasolki z Cherbourga" z 1964;
"Kobieta jest kobietą" z 1961;
"Footlose" z 1984;
"Błękitny anioł" z 1930;
"Tańcząc w ciemnościach" z 2000;
"The Pirates of Penzance" z 1983;
a przede wszystkim "Czerwone pantofelki" z 1948.
Przejrzenie prywatnej bazy zajęło mi niecałe pięć minut i mógłbym jeszcze długo wymieniać tytuły rewelacyjnych filmowych musicali. Nie wspomniałbym jeszcze o musicalach z Indii, bo widziałem raptem kilka i trudno mi w tej materii cokolwiek powiedzieć.
14:18, latajacy_talerz , różne ploty
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63