o filmach jakie obejrzałem, czasem o mnie.
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
Kategorie: Wszystkie | filmy | krótkimetraż | muzyka | osobiste | parodie | różne ploty | zwiastuny
RSS
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Zejście 2

oryg. The Descent: part 2

Oj nie lubię. O jak ja nie lubię. Kontynuacji rzecz jasna. Człowiek się zafascynuje, zachwyci filmem a tu bach! Kontynuacja. I człowieka zżerają nerwy, czy będzie dobre? Dobre? Aby? Wystarczająco czy lepiej? Tylko nie gorzej. Błagam.
"Zejście" (The Descent) jest wyjątkowo dobrym horrorem. Wyjątkowo, bo nie został zrealizowany w konwencjonalny sposób. A dobrym, bo udało się uniknąć sztuczności i śmieszności. Bywają próby zrobienia horroru jak "Jaskinia" (The Cave) ale to są nieudane próby zrobienia "czegoś". W klimatach speleologicznych, co zrobiło jeszcze na mnie wrażenie to "Sanctum".
Wracając do "Zejścia". Produkcja jest adresowana do widowni pierwszej części, bo inaczej... to raczej nie chwyci.
Od pierwszego ujęcia widać, że film nie miał zakrojonej akcji na więcej niż jedno wejście na ekran. Tak trochę nieudolnie i z małym przekonaniem, wyciągnęli Sarah z poprzedniej części, wymazali jej pamięć i znów jej kazali się czołgać.
Tylko czym można straszyć i budować klimat? "Zejście" napędziło stracha widzowi, zanim wyskoczyły jakieś potworki. Napięcie i strach bijący w ciemnej sali kinowej tłumił oddechy (nie, nikt nie chodził z poduszką, by nas przyduszać). Co więcej można zrobić kiedy wiadomo, że jaskinia nie jest jedynym problemem. Powielić schemat, wrzucić nowe mięso, przegiąć pałę z przemocą i... Trzeba było trochę ustukać trochę kasy na drastyczne sceny, bo one zaniżają mocno wartość tego obrazu.
Mam mieszane uczucia. Film mnie wciągnął, ale nie ze względu na to co oferował tylko kontynuację (duuuuży plus) wydarzeń z pierwszej części, i mając cały czas żywe wspomnienia z seansu w moich oczach kontynuacja jest wystarczająca. W rzeczywistości jest niestety gorzej, scenariusz kuleje i miejscami efekty również, ale akcja? Na to nie można narzekać. Bo jak się już zacznie... to lepiej popcornu nie jeść na tym filmie.

wtorek, 17 stycznia 2012
Dziennik zakrapiany rumem

oryg. The Rum Diary

Hunter S. Thompson popełnił w młodości nie jeden błąd. Jednym z nich było napisanie książki, którą wydał lata później. I to przez kogo, jego kumpla Deppa, który myszkując w chlewiku Huntera odnalazł coś co powstało przed karierą. Z pewnymi oporami książka pojawiła się na rynku wydawniczym. Thomson niestety nie doczekał jej ekranizacji. Tego dowiedziałem się po seansie. Jednakże uważny widz, który kieruje się doświadczeniem a nie filmowymi tabloidami sam rozkmini, że ta twórczość jest dużo młodsza od "Las Vegas Parano" i w moim odczuciu (choć jestem wielkim fanem) dużo lepsza. A może kwestia spojrzenia reżysera, czasu i czegoś tam jeszcze.
Tym razem fikcyjność jest procentowa. Johnny Depp wkręca się w towarzystwo na Puerto Rico, z miejsca załapuje wielkiego kaca. Przyjęty na etat gazetowego wróżbity i dziennikarza (bwahahaha) relacjonującego turnee tłustych Amerykanów po kręgielniach i kasynach. Oczywiście jest to wersja rzeczywistości, która pozwoli mu się jakoś utrzymać.
Gdzie film idzie? W sobie wiadomym kierunku. Dać się ponieść fali i zobaczyć co będzie. Wyjątkowo odprężająca produkcja, zrobiona z jajem i okraszona zajebistą muzyką. Szkoda, że przed seansem nie było stoliczka z rumem (tym prawdziwym, którego nie wolno transportować).
"Dziennik" jest finalnie wypadkową "Las Vegas Parano" i "Factotum" (na podstawie innego opoja Charlsa Bukowskiego). Dzisiaj jest to kolejna pozycja, która zostanie zepchnięta przez następne tytuły w kinie. Czy daje coś więcej widzowi? Może ociupinę refleksji? Raczej nie. Syf, jakkolwiek malowniczy, w filmie jest nam znany. Teraz modą jest pokazywać każdy skrawek zadupia, by było jakoś bardziej do ogarnięcia. Ale tutaj chodzi o tzw. "amerykański sen", walnąć czymś w pysk otrzeźwić i spojrzeć na rzeczywistość taką jaką jest. Czy skupi się na pijackich eskapadach i ogarnianiu własnej rzeczywistości przez postać, w którą wcielił się Depp.

poniedziałek, 16 stycznia 2012
Starcie w przestworzach

oryg. Warbirds

Po jakości materiału, już podczas napisów początkowych, wiadomo o co kaman. TVP wydawała pięć dolców, tylko po to, by przestano pisać e-maile "wyemitujcie science fiction, pliiiiiz!" Tylko nie rozumiem ich późniejszego zdziwienia. "No przecież wyemitowaliśmy." Pomijam, że ptysie w telewizji nie rozróżniają subtelnych różnic gatunków, w końcu oni nie są od kształtowania tylko od dopasowywania się do publiki. Zatem zafundowali telewizyjny film wyprodukowany w stanie Luizjana, w przenajświętszych Stanach Zjednoczonych z gatunku science fiction (czyli o co właściwie chodzi?).
Z początku nie zapowiadało się aż tak źle. Dopracowana stylistyka foczek w mundurach, babska obsada bombowca B59 (że co?), na lata 40te ubiegłego wieku. Przez chwilę... przez wątłą chwilunię miałem nadzieję, na jakiś dieselpunk albo coś w tych klimatach. Zaległem przed telewizorem bez jakiejkolwiek nadziei na światełko w tunelu. Owszem były drobiazgi w akcentach, w grze (tylko aktorek), wyglądzie przypominające naiwne produkcje z tego okresu, ale to za mało, żeby zrobić film. Podczas akcji spodobało mi się, że laski trzymały PRAWIDŁOWO broń krótką w swoich dłoniach, z pięknie pomalowanymi paznokciami :) W końcu kobiety, nie? A one mają więcej oleju w głowie niż twardziele rozwalający sobie nadgarstki odrzutem z armaty :D
Odtwórczyni Vanessy "Hoodsie" Smith - Lucy Faust, której rola na chwilę rozbłysła, była chyba najlepszą (bo poniekąd młodzieńczo naiwną) kreacją w tym filmie :)
Poza tym... no cóż "mniej niż zero... o-o-o-o!"

Niebezpieczna metoda

oryg. A Dangerous Method

Film trącący o fabularyzowany dokument, pokazując złożone relacje Karla Gustava Junga (Michael Fassbender)  z pacjentami, psychologami i rodziną (dokładnie w tej kolejności). Co prawda jest to dzieło Davida Cronenberga, ale pozbawione jego umiłowania do przesadnej przemocy czy obrzydliwości :D Trudno mi powiedzieć czy to źle czy nie, w każdym bądź razie wiem tyle, że ten film nie wywarł na mnie niezatartego wrażenia i po paru latach (ba! miesiącach) będzie mi się plątał w pamięci wraz z innymi tytułami o wielkich psychologach XIX/XX wieku.
Tempo filmu jest nieśpieszne. Wręcz usypiające. Z początku postać Keiry Knightley (aktorka, której nie cierpię) była bardzo ekstrawertyczna, później wraz z postępami w leczeniu była bardziej powściągliwa (później emocje potrafiły też nią mocniej potrząść). Choć trudno powiedzieć wprost, czy to bycie pacjentką Junga, Sabina Spielrein nie wykorzystała w swoim interesie, by zaistnieć w męskim świecie.
Z ekranu lecą banały, linijka za linijką. Bez życia. Takie tam fabularyzowanie listów, pamiętników zainteresowanych. I o ile, cholernie podobał mi się język, którym posługiwali się aktorzy, to nie podobało się tłumaczenie. Zwinąłem się na fotelu tak, by nie śledzić polskiej myśli odkrywczej w tłumokaniu widza.
Wracając do dialogów. Aktorzy, pomimo że, grali ciałem co innego niż tego co było kwestią w scenariuszu, nie pomogło ożywić postacie, ani uwiarygodnić. Mimo pracy aktorów nie było to imponujące osiągnięcie. Choć powinno zaliczyć się na plus.
Wolałbym przeczytać scenariusz (albo książkę Johna Kerra) sam, bez pomocy Cronenberga. Gra Knightley, wytyczyła swoją grą inne ramy dla postaci Sabiny, niż widziałbym to kartkach papieru. Żałuję też, że epizodycznym postaciom: żona (!!!) Junga - Emmę zagraną przez Sarah Gadon i Otto Gross, Vincent Cassel - nie poświęcono więcej czasu i celuloidu.

Seans dzięki kinie Luna :D

 

Dziewczyna z tatuażem

oryg. The Girl with the Dragon Tattoo

Z reguły nie lubię filmów Davida Finchera. Każde nudziarstwo z jego strony jest dla mnie powodem, by pstryknąć go mentalnie w nos. Ale nie tym razem. Cholera! Wynajęto go zrobienia remake'u i drugiej ekranizacji powieści Stiega Larssona "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".
Nie przepadam za współczesnym skandynawskim kinem. Dziwnym trafem wychowałem się na filmach m.in.: Victora Sjöströma, Mauritz Stiller i Ingmar Bergman (w ubiegłym tygodniu na TVP Kultura "Siódma pieczęć").
W filmie Finchera nie odnajdziemy starego ducha, gdzie przekaz i atmosfera są ważniejsze od literalności... Znajdziemy bardziej bliższy naszym czasom. Amerykańskie i angielskie kino dreszczowców z lat 60tych, ale we współczesnych reliach. I wyszło nieźle. Nie wiem czy to sprawa geografii czy operatora świateł i kamerzysty, czy też może speca od efektów obrazu na stole montażowym. Nie wiem. Efekt został, moim skromnym zdaniem, osiągniety bardzo dobry.
Na dzień dobry czeka nas film krótkometrażowy w mrocznej stylistyce. Po napisach oglądamy już właściwy film :) O treści nie będę się rozpisywał, bo wyjdzie z tego jakiś kln albo miks innych filmów.
Z dodatkowych informacji mogę dodać, że przed wejściem na salę, by wywieszona kartka z informacją o wyjątkowo brutalnych i drastycznych scenach. "Punisher: Strefa wojny", "Niezniszczalni" to to nie było... Zresztą, jak to u Finchera drastyczne sceny są gdzieś poza kadrem, co moim zdaniem wzmacnia odbiór. Ale jak wcześniej napisałem styl lat 60tych. Bardziej straszne jest to czego nie widać, a wiemy co się dzieje :D
Miłośników technologicznych sposobów włamów etc. znane z książki niestety są tutaj zmarginalizowane i uproszczone do paru ujęć. W sumie może i dobrze. Książka została opublikowana w 2005 i część rzeczy zdążyła się zestarzeć.
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie marudził na polskie tłumaczenie, które jest dalekie od ideału - jednak na plus muszę wyróżnić poprawność językową.
Zatem jaki werdykt? Najwięcej rozrywki będą mieli ci z Was, którzy w ogóle nie mieli do czynienia wcześniej ani z filmem ani książką. Ci, którzy przeczytali, a mają tak dobrą pamięć jak ja :) - prawdopodobnie poddadzą się klimatowi.

Kobiety z 6. piętra

oryg. Les Femmes du 6eme etage

Lata 60te ubiegłego wieku życia we Francji. Bohaterami filmu są bogaci mieszczanie oraz ich służba. Z różnych powodów zapanowała moda na zatrudnianie Hiszpanek do prac domowych. Panie domu mają w swoich obowiązkach wydawać polecenia służbie, dobrze wyglądać i udzielać się towarzysko. Ich mężowie mają, jak ich przodkowie, powiększać majątek i utrzymywać swój stan posiadania.
W niezwykle ciepły i przystępny sposób reżyser Philippe Le Guay poprowadzi widzów przez dojrzewanie do życia w społeczeństwie Jean-Louis Joubert, granego przez Fabrice Luchini.
Pewnego dnia służba wymawia pracę w domu Jouberta, Suzanne (Sandrine Kiberlain) jest zmuszona znaleźć kogoś na zastępstwo. Idąc za radą "przyjaciółek" zatrudnia Hiszpankę Maríę Gonzalez (Natalia Verbeke), która mimo młodego wieku jest dość stanowczą osobą, o czym mógł się przekonać Jean-Louis podczas negocjacji wynagrodzenia.
Dziwnym i nieoczekiwanym zrządzeniem losu, Jean-Louis jest zmuszony do opuszczenia swojego mieszkania. Jednak będąc właścicielem budynku postanawia zamieszkać w swoim dawnym pokoju na tytułowym szóstym piętrze, gdzie pośród emigrantek będących na służbie, zaczyna odkrywać inny smak życia. Oczywiście pojawia się miłość i tragedia. Ale o tym sami możecie się przekonać.
Film łyknąłem w całości, bez zastrzeżeń. Trudno tutaj doszukać się negatywnych postaci. Nawet postacie, które z jakiś względów są wredne mają jakiś urok. Cholernie spodobała mi sie nieśpieszna postać Jean-Louis'a, który nie będąc jeszcze na emigracji we własnym domu widząc problem znajdował jego rozwiązanie, nie oczekując niczego w zamian. Zaangażowanie w problemy klasy robotniczej można różnie intepretować, jakkolwiek nowe czy ekscytujące wynikały z braku dialogu. Zarówno służba nie mówiła o swoich potrzebach, bo zwyczajnie bała się o swoją posadę, a klasa średnia - nic nie robiła, bo nie było przecież problemu.
Świetne kino. Odprężające, bez stresu i potrafiące zaangażować malkontentów nie przepadających za kinem francuskim :D

Kot w butach

oryg. Puss in Boots

"Kot w butach" jest zbiorem, podobnie jak Shrek, różnych bajek. W tym przypadku dodatkowo spin-off ze Shreka, bo co prawda jest to postać stworzona przez Charles'a Perraulta w XVII wieku, to osobowość kota została nakreślona już w serii o zielonym ogrze. Fabuła jest oparta na bajce o "Jasiu i magicznej fasoli".
Podobnie jak w przypadku pierwszej części Shreka, mamy tutaj do czynienia z dobrym scenariuszem i dowcipem  (który umknął twórcom przy drugiej i trzeciej części "zielonego gluta"). Moje zastrzeżenie, że jeżeli jakieś ma być to to, że ten film średnio będzie zrozumiały dla dzieci, a mając od niedawna ze studentami pierwszych lat, wątpię by oni również coś chwycili. Pomijam podteksty seksualne, dowcip jest dwuznaczny i wymagający jakiekolwiek oczytania. Polscy tłumacze stanęli na wysokości zadania, nie tłumiąc oryginalnego dowcipu poszerzyli go o polski koloryt językowy. Dodatek 3D, inaczej niż w "Shreku Forever", pełni integralną rolę w filmie - przynajmniej według mnie, dając poczucie przestrzeni czy pędu. Ale sądzę, że brak CZYDE nie zuboży rozrywki jaką nam sprezentowali ludzie z DreamWorks.

 

niedziela, 01 stycznia 2012
Chłopak do towarzystwa

oryg. The Extra Man

Paul Dano, który najsilniej kojarzy mi się zarówno z debilną rolą w "Istocie", jak i świetną w "Małej Miss Słoneczko" nie był aktorem dla którego poszedłem zerwać swoje cztery litery do kina. Nie odstraszył mnie na tyle, by zrezygnować z seansu. Gdzieś tam w tle majaczył się Kevin Kline, który według marketingowców miał przyciągnąć widzów jeżeli lepiej go wyeksponować na plakacie.
Nie powiem, że film tworzą dwie postacie w których wcieliło się tych dwóch jegomościów. Jest to jeden z tych filmów, w którym każdy popraniec czy statysta zdaje się mieć swoje właściwie miejsce w tym ograniczonym (jeszcze) celuloidowym świecie.
Louis Ives (Paul Dano) jest niedostosowanym młodym człowiekiem. Mimo że, jako niemal szczeniak został wykładowcą w Princeton niezbyt sobie radzi w życiu. Przez pewne wydarzenie, które okaże się skrywaną ułomnoscią seksualną zostaje zwolniony z posady. Wykorzystując ten nieoczekiwany moment przenosi się na Manhattan. Szukając lokum odpowiada na ogłoszenie Henry'ego Harrisona (Kevin Kline), który wymusił na bezrobotnym wynajęcie pokoju.
Louis pasjonuje się okresem literackim lat 20tych XX wieku. Jego sposób wyrażania się jest przemyślany i poprawny (czego nie można powiedzieć o debilu, który pisał tłumaczenie! i jeszcze kretyn popełniał błędy ortograficzne!!!) co zostało przez Henry'ego skomentowane "w końcu będzie można z kimś porozmawiać po angielsku". Drugą, jeszcze nie eksplorowaną, pasją jest damska bielizna. Co prawda nie jest to nurt LGBT, ale queer no cóż... jest dziwny :D
Jednak to nie koniec niespodzianek. Henry okazuje się być tytułowym "extra man'em". W dużym uproszczeniu, nie jest on żigolakiem. Jest osobą do towarzystwa dla starszych kobiet. Jednakże relacje są nieco bardziej skomplikowane, o czym Louis zdąży się przekonać na własnej skórze.
Szczerze powiedziawszy trudno skupić się na jednym aspekcie tego obrazu. Na plan pierwszy wybija się postać, w którą wcielił się Kline. Ma w sobie urok i dziwny magnetyzm, któremu poddaje się Louis. Postać posiadająca w sobie wiele sprzeczności. Odpuściłem sobie dociekanie czerpiąc przyjemność z dawkowanych mi faktów. Obok niego jest właściwy bohater dramatu - Louis. Jego życie toczy się na (co najmniej) czterech płaszczyznach. Jego potrzeby seksualne; świat Henry'ego (do którego chcąc nie chcąc przystępuje - świat wymierającej arystoktracji), praca w magazynie poświęconym ekologii (które podejrzewam, że na potrzeby ograniczone do jednej osoby - kobiety) i jego własny świat, czy też własne wyobrażenie o sobie.
Na ekranie przewinie się parada ludzi z różnymi przypadłościami. W zasadzie nikt nie zostanie oszczędzony, w końcu w każdym z nas siedzi coś co dla innych jest dziwne i niezrozumiałe. Być może to truizm, ale twórcy filmu koniecznie chcieli tę prawdę przestawić. Nie wiem czy udanie. Pod dowcipem, który śmieszył w różnym stopniu i w różnych momentach widownię, kryje się mnogość interpretacji. Nadużywając słów rozpoczynających się na literę "i", zakończę tę irytującą próbę opisu, interesującego, intrygującego, choć liniowego, filmu, do którego mam zamiar wrócić w najbliższym czasie.

wtorek, 27 grudnia 2011
That Hand Film

Mission: Impossible - Ghost Protocol

oryg. Mission: Impossible - Ghost Protocol

Przemówił do mnie plakat. Zwiastunu wcześniej nie widziałem. I dobrze się stało, bo jest tragiczny. Czwarta część Mission: Impossible jest zupełnie inna od wszystkiego co jest związanego z tą serią. Mam na myśli serial z lat emitowany na przełomie lat 60tych i 70tych (co prawda tutaj urzekła mnie, co prawda telewizyjna, gra aktorów), serial z lat 80tych, ani tym bardziej wersje kinowe z Tomkiem Gruzem. Co prawda nie dostawałem drgawek na dźwięk głównego motywu, ale nie oczekiwałem jakiejkolwiek rozrywki. Nie wybrałem się też na żadną część do kina.
Tym razem stało się inaczej. A jak napisałem za sprawą plakatu. Jednak marketing zrobił swoje. I dobrze.
W przeciwieństwie do wszystkich poprzedników ten film jest naładowany energią i nie trafi jej nawet po niezłym początku. Właściwie ta część bardziej mi przypominała Hitmana. Jednakże fani zarówno serii telewizyjnych, jak i kinowych (bardziej z tych) znajdą smaczki, nawiązania i postacie wcześniej znane.
Dodatkowym plusem i zaskoczeniem jest debiutujący jako reżyser na dużym ekranie Brad Bird! Wcześniej miał na koncie świetne hity "Stalowy gigant", "Iniemamocni" czy "Ratatuj"... ale po raz pierwszy ma do czynienia z filmem aktorskim (pominąwszy przelotny romans z telewizją). Najsilniej dało się wyczuć rękę reżysera od "Iniemamocni" jeszcze z jednego względu - muzyki. Kompozytor pracujący także przy "Iniemamocni" i "Ratatuj" - Michael Giacchino. Mimo że wielbię Danniego Elfmana, lubię Hansa Zimmera, to dopiero Giacchino (także przy trzeciej części) świetnie zilustrował muzycznie obraz. Na temat scenarzystów się nie wypowiem, bo ich zwyczajnie nie znam. Ale tak drążąc musiałbym jeszcze wygrzebać producentów, operatorów kamer, etc.
Historia, którą dostaje w gały widz jest trywialnie prosta. Trzeba ratować świat, jeszcze po paru ruchach przeciwników trzeba zmierzyć się samodzielnie z problemem działając poza prawem.
Ethan Hunt (Tomek Gruz) siedzi sobie w rosyjskim więzieniu. Zostaje odbity przez Benji'ego (Simon Pegg) i Jane (Paula Patton). Co porabiał w więzieniu? Dowiecie się z filmu. W każdym bądź razie tarapaty przyciągnęły Ethana mają podłoże mocno radioaktywne, i jak to się zdarza w świecie gdzie rachunek prawdopodobieństwa na przeżycie jest sfalsifikowany, szaleńcem mający dziwne upodobania do podwyższonego promieniowania gamma. Antagonistą jest Wistrom (o nim też więcej w filmie). Poczynania geniusza zła (może nie geniusza, ale na bank świrem) rzucają bohaterów w różne rejony świata. Do przeprowadzenia akcji używają jak zawsze gadżetów, tylko tym razem ktoś pomyślał nad ich zajebistością (pomijając, że smarfony i tablety nieco psują fantazję).
Dowcip jest obecny, nieźle wkomponowany w dialogi i w niczym nie przypomina siermiężnego humoru z poprzednich odsłon "niemożliwych". Mógłbym się pokusić o stwierdzenie, że "z polotem".
Tomek nie szczerzy się. Nie wiem co mu się stało w twarz, bo jakiś lifting w niego walnął bez dwóch zdań. Może bał się, że kiedy strzeli zębiskami do widzów to coś mu popuści. W każdym bądź razie brak jego perłowego uśmiechu wzbogacił ten film o aktora a nie jego "look".

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 94